|
światełkoblog
księga gości 2007 grudzień kwiecień marzec luty 2006 grudzień wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień luty styczeń 2005 listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec * uuuuuczelnia pe-wu-er dla studenta... ** oficjalna pythonowa thinking in tkinter :) cherry.py *** gadu gadu... zapal świeczkę under the snow kontakt: run_away@interia.pl ![]() | 21:10:45 2007-12-17 (take me where I want to go teach me things I need to know)dawno mnie tu nie było. nie mam czasu. jestem. czasem jestem małą dziewczynką bawię się w dom smażę naleśniki podlewam kwiatki okrywam kocykiem śpiące maleństwo czasami jestem czarodziejką mam pierścionek z fioletowym oczkiem spełniam życzenia czasami jestem czarownicą ktoś mi chciał zrobić na złość ale nie zdążył uciekł mu autobus złapał katar zgubił portfel czasami jestem wariatką zbyt kolorowo ubrana potargana zakupy robię przez internet na obiad serwuję parówki a dziecko noszę przywiązane szmatą czasem jestem matką polką jadę tramwajem i tłok jest i brzydko pachnie i stoję z dzieckiem przywiązanym z przodu plecakiem z tyłu a jakże i minę mam nie bardzo czasem jestem zrezygnowana bospacjaminiedziała bo dziecko mi urwało a telefon mi nie dzwoni bo dziecko obśliniło a myszki wcale nie mam bo dzieko mi zabrało i nie chce oddać czasem jestem dumna bo dziecko ma rok i dwa tygodnie trzy i pół zęba oczka po tatusiu charakterek po mamusi umie wyjmować baterię z komórki mówi ide mama tata wspina się po kanapie półce szafce krześle firance ściąga skarpetki ogląda książeczki klika myszką obgryza pierniczki na choince a czasem jestem śpiąca idę spać i mnie nie ma .
skomentuj (1) 13:10:17 2007-04-06 (and you are chocolate brown)moje dziecko w nocy śpi jak susełek. najada się, przytula na dobranoc i odpływa do krainy snów, z której wraca dopiero około szóstej nad ranem, domagając się mleczka, czystego pampersa, mleczka, przytulania i jeszcze troszkę mleczka. za to w dzień... w dzień filipek spać nie umie, nie chce, nie uważa za słuszne. wysypia się w nocy? może... nie załatwia sprawy. sen dzienny może nie być maleństwu bardzo potrzebny, ale matce jest wręcz niezbędny - matka może wówczas: *w spokoju się umyć, nie podając co minutę nowej zabawki *w spokoju ugotować obiad, nie myjąc rąk co minutę żeby po raz kolejny włożyć smoczek do rozdziawionej paszczy *w spokoju posprzątać pokój nie przekładając dziecięcia co chwilę z plecków na brzuszek i z kanapy na matę, bo aktualne miejsce/ pozycja akurat się maleństwu znudziły *w spokoju poczytać książkę *posiedzieć przed komputerem *pouczyć się *lub poobijać w końcu - matka też człowiek. a więc, co zrobić z niemowlęciem które postanowiło w ogóle nie sypiać w dzień, w związku z czym w godzinach popołudniowych z małego aniołka zamienia sie w czerwone od wrzasku diablątko? niemowlęciem, które, kiedy nie śpi, domaga się (i to głośno) obecności mamy u swego boku jak dzień długi i szeroki i zapewniania coraz to nowych atrakcji? odpowiedź wydaje się oczywista - uśpić! ba, ale jak??? można to robić na wiele sposobów: *śpiewać kołysanki (czasochłonne, a i gardła szkoda bo czasem trudno maleństwo przekrzyczeć) *tulić przy cycu (skuteczne tylko do momentu kiedy matka wyjmie cyca z paszczy śpiącego ssaka celem udania się do swoich zajęć - zabranie cyca skutkuje natychmiastowym otwarciem oczu i pojawieniem się na małej buźce miny mającej wzbudzić w matce wyrzuty sumienia, ergo - nieskuteczne) *włożyć w wózek i pójść na spacer (skuteczne, ale niewygodne - na spacer nie da się zabrać laptopa, miksera, kuchenki mikrofalowej, prysznica, ani nawet suszarki do włosów) *włożyć w wózek i wystawić na balkon (całkowicie nieskuteczne) *włożyć do łóżeczka (całkowicie nieskuteczne, w dodatku ma poważne skutki uboczne - występujące w tym przypadku natężenie wrzasku może spowodować popękanie szyb w oknach, całkowitą głuchotę u matki, jak też posądzenia sąsiadów, że nad biednym dzieckiem się ktoś znęca rzucając nim o ścianę lub przypalając papierosem) na szczęście, po wielu tygodniach prób i błędów, matka odkryła metodę absolutnie skuteczną, która po dodatkowych ulepszeniach spełnia też inne ważne kryteria: właściwie w ogóle nie wymaga czasu, można ją zastosować w dowolnym miejscu (pokój/kuchnia/łazienka), a co najważniejsze - nie wyrządza krzywdy dziecku. tą cudowną metodą zamierza się matka podzielić. a nuż widelec ktoś skorzysta? potrzebujemy: 1 fotelik samochodowy, koniecznie taki, który można bujać 1 długi, cienki szalik 1 dziecko (uwaga: dziecko musi być najedzone, przewinięte i choć trochę zmęczone) ewentualnie: 1 smoczek, 1 kocyk wykonanie: fotelik ustawiamy na podłodze w miejscu gdzie chcemy pracować/relaksować się (przy biurku, kanapie, kuchennym blacie, etc.), a następnie umieszczamy dziecko w foteliku. można przykryć maleństwo kocykiem i/lub zatkać mu dzióbek smoczkiem (według uznania). teraz będzie potrzebny szalik: jeden jego koniec przywiązujemy do rączki fotelika, drugi wokół swojej kostki (jeśli siedzimy) lub pod kolanem (jeśli stoimy). szalik musi być napięty. teraz wystarczy wykonywać łagodne ruchy nogą, a fotelik buja się i dziecko zasypia. częstotliwość i natężenie bujania należy dostosować indywidualnie. i gotowe - dziecko się buja i śpi, a matka ma obie ręce wolne i może obierać kartofle/robić makijaż/rozwiązywać zadania z algebry/pisać notkę na bloga (co kto woli). uwaga: zaleca się co jakiś czas zmienić nogę, dzięki temu metoda służy dodatkowo jako trening kondycyjny, wzmacniający mięśnie kończyn dolnych. chyba zacznę pisać teksty do poradników dla rodziców? ;)
skomentuj (0) 09:23:29 2007-03-29 (give us eyes like children so we live each day as our first)wypuszczam pączki całkiem nowe piegi żółto mi biało różowo drzewka owocowe kwitną pachnie wiosennie sennie słodko mam nowe buciki błekitny szalik tulipan w wazonie włosy ciepłym wiatrem głaskane uśmiechnięte oczy spod bezczelnej grzywki patrzę prosto w słońce. tęskniłam. *** a mój synek ma oczy szeroko otwarte ze zdumienia, z zachwytem wyciąga rączki do cudów co się jeszcze się nie mieszczą w małej główce...
skomentuj (0) 09:58:35 2007-02-28 (jagged little pill)matce marzy się wiosna. matkę dobija zima której nie ma, a zamiast której jest coś nienazywalnego, szaroburego, mokrego i obleśnego. tak, matce zachciewa się słonka, listków na drzewie, ćwierkania ptaszków... ale ponad wszystko matka chciałaby żeby nie trzeba było przed każdym wyjściem z domu owijać siebie i dziecięcia w sterty szmat, dzięki czemu wybranie się na spacer trwałoby trochę mniej niż godzinę i czasami dochodziłoby do skutku ;) bo teraz wygląda to mniej więcej tak: przewijanie świeżo obudzonego syneczka, karmienie, kupa, więc znowu przewijanie, zakładamy jedną warstwę ubranka - jest ok, przy drugiej warstwie - dziecię robi się odrobinę zniecierpliwione, przy trzeciej - zaczyna strzępić dzioba, a włożenie na dzieciową głowę czapki jest przysłowiowym gwoździem do trumny - jest to krzywda tak straszna i niesprawiedliwa, że trzeba z tego powodu rozwrzeszczeć się na cały regulator, dławiąc się łzami żalu i rozpaczy. w tym momencie jedyną skuteczną metodą uspokojenia dziecięcia, by nie zdarło siobie do cna małego słodkiego gardziołka, jest zatkanie dzioba cycem - problem w tym, że konsumpcja kolejnej porcji mleczka zwykle skutkuje zrobieniem kolejnej kupy. tak więc potem następuje rozbieranie, przewijanie, i znowu ubieranie, przy akompaniamencie jękówi szlochów. czasem dziecię jest już tak zmęczone wtłaczaniem w ubranko i bronieniem się przed tym na wszystkie możliwe sposoby, że pada na dziób, znaczy zasypia w trakcie, nabierając cech szmacianej laleczki, dzięki czemu można w miarę bezboleśnie dokończyć pakowanie go w kolejne warstwy ciuszków, bez obawy urwania mu rączki czy ukręcenia łebka ... aż do kolejnej próby ubrania czapki,która powoduje natychmiastowe przebudzenie i kolejną porcję głośnych skarg i zażaleń. w tym momencie matka dziecięcia jest już na tyle zdesperowana, że mimo protestów pakuje wyjące maleństwo w śpiworek i umieszcza w wózku (a ono cały czas wyje...), w pośpiechu wkłada na grzbiet jakiś przyodziewek (dziecię wciąż wyje...), bujając wózek tyłkiem lub zębami, sznuruje buty (i wyje...), zarzuca torbę na ramię, wywleka pojazd z pasażerem na korytarz (wyje, jakby nie zamierzało nigdy przestać), walczy z zamkami w drzwich bujając wózek jedną nogą i zastanawiąjąc się, kiedy ktoś z sąsiadów doniesie do prokuratury, że matka maltretuje niewinne niemowlę (wyje, wyje, wyje...), zarzuca piętnaście kilo wózka z zawartością na plecy i zwleka w dół po schodach (a dziecko oczywiście dalej wyje...), gramoli się na zewnątrz, przytrzymując tyłkiem drzwi klatki, które próbują przytrzasnąć ją lub wózek, a dziecię... uspokaja się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko wózek dotknie kółkami wyboistego chodnika; patrzy na matkę mokrymi od łez oczętami, obdarza matkę najcudowniejszym na świecie niewinnym uśmiechem, jakby nigdy, ale to przenigdy nie płakało, po czym słychać donośne srrruuuuuuuu, które obwieszcza obecność w pampersie nowej, świeżutkiej kupy. dziecięcie oczywiście natychmiast startuje z kolejną serią wrzasków, domagając się natychmiastowego usunięcia pachnącej niespodzianki. matka robi w tył zwrot, targa wózek z ogarniętym wścieklizną dzieciątkiem na pierwsze piętro, po raz kolejny walczy z kluczami, wtacza wózek i siebie do mieszkania, rozbiera, przewija, utula, karmi, przewija, karmi, przewija, tuli... i pada nieżywa na kanapę. powyższy scenariusz powtarza się (z drobnymi urozmaiceniami) przy każdej próbie wydostania się z domu bez pomocy osób trzecich, dlatego też od trzech tygodni matka podejmuje takie próby tylko będąc skrajnie zdesperowana, tj. w kiedy musi dotrzeć do sklepu celem nabycia artykułów żywnościowych bo w lodówce ma lód i piwo i grozi jej śmierć głodowa (jak dotąd dwa razy), lub kiedy niecały kilometr od jej bloku ekipa budowlana natknie się na niewypał z czasów IIWW o szacowanym zasięgu rażenia 1200m (raz). w innych sytuacjach matka siedzi przykuta za nogę do kaloryfera w dużym pokoju, dziecko ewentualnie owija w trzy koce i wietrzy na balkonie i modli się o ozdrowienie maleństwa z fobii ubrankowo-czapkowej, lub chociaż rychłe ocieplenie. amen.
skomentuj (0) 23:01:20 2007-02-26 (joł ziom!)![]()
skomentuj (1) 11:03:37 2007-02-22 (fairytale)mój synek mnie rozbraja. wszystko czym jest i co robi, każda łza, każdy uśmiech, każda minka, bezgraniczne zaufanie z jakim się do mnie przytula, to jak szybko się rozwija i rośnie, a jednocześnie wciąż jest tak ode mnie zależny i bezradny... wszystko to sprawia że znajduję w sobie nieskończone pokłady cierpliwości. stałam się uosobieniem spokoju i łagodności, nie pamiętam kiedy ostatni raz zdarzyło mi się czymś zdenerwować... pomyślałby kto :)
skomentuj (0) 13:56:28 2006-12-22 (I can't believe you're real)uroczyście ogłaszam, że filipek przekroczył magiczną granicę trzech kilogramów i powoli zaczyna dorastać do swoich ubranek, choć większość rękawków i nogawek - wciąż ciut za długie. a ja, dzięki temu że mały ludzik pragnie jak najszybciej urosnąć, mieszczę się już we wszystkie przedciążowe ubrania, z obcisłymi dżinsami włącznie :D to się nazywa symbioza :)
skomentuj (2) 15:54:02 2006-12-13 (anywhere is)mały człowieczek jest już na świecie. w nocy z 29 na 30 listopada postanowił, że dłużej już czekać nie będzie. mały człowieczek jest bardzo mały, ale chce prędko urosnąć, w związku z czym dużo je. i śpi równie dużo, za co mu gloria i chwała na wysokości, bo niektóre małe ludziki nie sypiają wcale, o czym mama miała okazję się przekonać w szpitalu (naocznie i nausznie też). mały człowieczek ma na imię filip, niecałe 50 centymetrów wzrostu, wielkie ciemne oczka nieokreślonego koloru, prawe uszko jakby lekko szpiczaste, włochate plecki i ramionka (główkę zresztą też) i niezaspokojony apetyt na życie :)
skomentuj (0) 21:45:59 2006-09-24 (I'm sad but I'm laughing, I'm brave but I'm chicken shit, I'm sick but I'm pretty...)ziutek ma ciekawe życie. już w brzuchu. od samego początku. miał przyjemność latać samolotem, jeździć na snowboardzie po alpejskim lodowcu, zwiedzał miasta przeróżne, blisko i daleko, wędrował po górach, penetrował jaskinie, zwiedzał kopalnie i poniemieckie podziemia i bunkry, pływał łódką, jeździł rowerem, przeszkadzał w przeprowadzce, tańczył na dwóch weselach, skakał na trzech koncertach... jak by tego było mało - wyrodna matka truje go farbując włosy, smarując się samoopalaczem i od czasu do czasu popijając pizzę coca-colą, bądź frytki milk szejkiem. odgrywa się za to syn na matce, kopiąc po pęcherzu lub żołądku, w zależności od tego co ma matka w danej chwili bardziej pełne, wciskając małe stópki między żebra, jak się matka chce schylić celem ubrania skarpetek, zawzięcie fikjąc koziołki, jak matka próbuje spać. ale wszystko do czasu... ...a potem się ziutek urodzi, zapakują go w pieluszkę, w kocyk owiną, położą do łóżeczka... jak jemu się będzie, biedactwu, nudziło!!!
skomentuj (2) 15:51:55 2006-08-28 it's like ten thousand spoons, when all you need is a knife...)i wreszcie mam internet na trzynastym piętrze pada deszcze ze śniegiem piekę ciasto podlewam kwiatki czytam bo książki są wszędzie a półek ani widu ani słychu *** zostałam kolekcjonerką ubranek w rozmiarze 56 i maciupeńkich skarpetek znawczynią wózków trójkołowych i ekspertem do spraw łóżeczek turystycznych *** już nie rzygam i nie mdleję w kolejce do sklepu i nawet lodówka już nie śmierdzi za to mój synek z upodobaniem przemeblowuje mi organy wewnętrzne w środku nocy budzą mnie dzikie harce między pęcherzem a wątrobą i rosnę rosnę rosnę pękam w szwach nie sięgam dłońmi stóp i trzeba zawiązywać mi buty *** i nie mogę się doczekać października bycia znowu studentką słuchania nudnych wykładów notowania w wielgachnych zeszytach i tylko do jeżdżenia tramwajem jakoś mi nie tęskno bo wywrotna się zrobiłam z tą figurą wańki-wstańki *** i mam pierścionek z fioletowym oczkiem tylko troszkę za duży i stos papierków do wypełnienia i przygotowania do tak zwanego ślubu utknięte w martwym punkcie z powodu przeniesiania pewnego stołecznego urzędu stanu cywilnego pod adres całkowicie nowy i całkowicie niewiadomy i absolutnej niemożności zdobycia skróconego odpisu aktu urodzenia mojego tak zwanego narzeczonego w związku z czym o ile w ogóle stanę w końcu na ślubnym kobiercu to owinięta w wór pokutny zamiast sukienki w którą już przestaję się mieścić i stamtąd prosto powiozą mnie na porodówkę abym się wreszcie nareszcie mogła legalnie rozdwoić i tym sposobem na swoim weselu nie tylko nie popiję ale nawet nie zatańczę *** pani w moherowym berecie która raczyła mnie zwyzywać w tramwaju w związku z faktem że mnie ustąpiono miejsca a jej nie oświadczam że może aparycję mam smarkatą ale nie jestem gówniarą ani małą ździrą tylko studentką że mój synek jest oczekiwanym z radością i miłością dzieckiem a nie bachorem że moi rodzice nie będą bawić dziecka kiedy ja jestem w szkole bo ową szkołę dawno już skończyłam z całkiem niezłym wynikiem że jestem pełnoletnia i samodzielna mieszkaniowo oraz finansowo że skarb naszego państwa nie dołożył póki co ani złotówki do opieki lekarskiej nade mną i moim nienarodzonym synkiem bo ja się państwowej służby zdrowia raczej boję w związku z czym nie korzystam a za szanowne becikowe mogą sobie szanowni panowie politycy kupić waciki bo mnie ta łaska wspaniałomyślna jest do szczęścia całkowicie zbędna *** c.d.n.
skomentuj (0) 10:27:10 2006-06-08 (I feel you moving, it's, oh, so strange... do you like the music?)pierwszy raz od czterech lat nie mam czerwca wyciętego z życiorysu. mogłabym do woli spacerować, polegiwać na zielonej trawce w parku, wąchać kwiatki i napawać się słońcem. mogłabym. ale... mi się nie chce. i jakoś nawet mi nie żal. bo to bejbik ze mnie takiego leniwca zrobił. jem, śpię, siusiam, jem, śpię, czasem jeszcze sobie rzygnę... i tak na przemian, w kółko macieju. dzień i noc. tyle mojego co sobie przed komuterkiem posiedzę. a ruszyć tyłka to mi się tak nie chce, że ała! to że choćby popełznięcie do kuchni w celu zrobienia sobie herbaty jest dla mnie nie lada wysiłkiem to raz, a dwa, to... w nic się już nie mieszczę! to dopiero czwarty miesiąc a mnie moje brzucho okrągłe bezczelnie rozsadza w szwach każde spodnie jakie próbuję dopiąć, wystawia ciekawski pępek spod każdej bluzki. a bejbika chyba energia rozpiera, bo mogłabym przysiąc że już kilka razy poczułam małą rączkę czy nóżkę łaskoczacą mnie gdzieś od środka. kosmos po prostu :) w moim własnym, osobistym, wielkim brzuchu harcuje sobie miniaturowy, dziesięciocentymetrowy człowieczek, ssąc cienkiego jak zapałeczka kciuka i nasłuchując uważnie odgłosów z zewnątrz...
skomentuj (0) 20:26:26 2006-05-25 (this was a body, now it's a home for you, my little alien)a więc... wszystkie tak zwane życiowe plany do weryfikacji. wszystkie dotychczasowe sensy życia i inne cele schodzą na plan dalszy i przez jakiś czas tam pozostaną. na plan najpierwszy najważniejszy i w ogóle naj wysuwa się natomiast cel zupełnie nowy, o jakim dotychczas ani mi się nie śniło. cel jest jeszcze malutki. ale rośnie. szybko rośnie, już się w spodnie ledwo mieszczę. znaczy się, będzie nas troje. już w grudniu... *** już w grudniu czyli to 12 tydzień akuratnie. i żeby nie było że się dopiero teraz zorientowałam. co to to nie... alem nie zdążyła tej wzniosłej chwili upamiętnić, bom pobiegła rzygać. i już tak zostałam, zgięta wpół, nad klozetem pochylona... na długie tygodnie... i wychodziłam jeno z rzadka, przespać się kilkanaście godzin lub napełnić żołądek czymś czym się ładnie i kolorowo haftuje... *** a dzisiaj jest ten wielki dzień kiedy nareszcie mdli mnie cokolwiek mniej i mam ogromne nadzieje powrócić w końcu na łono społeczeństwa, do świata żywych i do tak zwanego życia towarzyskiego w ogóle, bo juwenalia tegoroczne spędziłam półżywa, na rozmowach z wielkim uchem; wzrokiem błędnym i obłędnym tocząc po towarzystwie które namawiało mnie na skoki na bungee bądź grillowanie. tak że teraz będziemy chyba nadrabiać zaległości. czy coś w tym stylu. trzym się bejbik, zbieramy tatusia i idziemy do kina!
skomentuj (0) 13:35:50 2006-04-06 (I walk with the heat turned up and a fire in my eyes)wreszcie wiosna. wymarzona, wytęskniona, wyczekana. pachnie, kwitnie, świeci. i co tam kto jeszcze chce. i fajnie jest. *** i nowe idzie. nowe czai się za każdym zakrętem i łypie na mnie okiem. łobuzersko łypie. nowe, lżejsze buty. nowe piegi, przywiezione z daleka. nowe kolory. nowe książki, nowa muzyka, nowe pytania, jeszcze bez odpowiedzi. nowe mieszkanie od lipca. nowe i własne, nie przeludnione-studenckie z piętnastoma osobami na piętnastu metrach kwadratowych. tylko takie własne. z filiżankami, poduszkami, roślinkami, może z kotem. i na pewno bez telewizora. a na razie żyjemy na walizkach. a właściwie na plecakach. ale nie narzekamy, jeździmy. a najchętniej latamy. to tu to tam. i fajnie jest. aha, no i jeszcze nowe studia. no, prawie nowe. ale to od października. a tymczasem poszerzam horyzonty, zgłębiam tajniki, gromadzę materiały, itepe, itede. i zarabiam pieniążki. i też jest fajnie. *** i sama nie wiem kiedy to się stało, kompletnie przegapiłam ten moment, ale niedawno zdałam sobie sprawę że... jestem nieodwracalnie dorosła. nie, nie jest mi smutno. fajnie jest. takie małe oswojone szczęście. trzeba dużo głaskać i przytulać to nie ucieknie.
skomentuj (2) 10:03:04 2006-02-17 (little things)sesja skończona... lubię się uczyć, ale każda kolejna sesja wykańcza mnie fizycznie i psychicznie. bo na mojej popieprzonej uczleni sesja oznacza kompletny bajzel: nakładające się na siebie egzaminy, wykładowcy znikający bez wieści w dzień wpisu, zaginione prace pisemne, zawieszone serwery, zmiany w harmonogramie ogłaszane w ostatniej chwili lub wcale... innymi słowy - kompletny chaos i dezorganizacja, czeski film, w którym nikt nie wie co, gdzie, kiedy i po co. a to wszystko na uczelni technicznej. podobno jednej z lepszych. podobno wspaniale zinformatyzowanej. śmiech na sali, proszę państwa, śmiech na sali... chce się ktoś pośmiać? proszę: oto skrócony spis przypadków, które mogłyby mnie w przyszłości omijać, jeśli łaskawy los pozwoli, z tym że zamierzam mu, tzn. losowi troszkę w tym dopomóc - pisanie kolokwium na stołówce (sic!) gdzie papierzyska przylepiają się do stołu i śmierdzi przypalonym olejem; lub dla odmiany kolokwium w nieogrzewanej auli (temperatura na zewnątrz ok. -10, w środku jakieś +10); egzamin pisemny trwający 4 (słownie: cztery) godziny, bez możliwości odwiedzenia wc; egzaminy o tak egzotycznych godzinach jak 6.30 lub 21.oo, w tak urocze dni jak soboty i niedziele; kolokwium niezaliczone z powodu zagubienia przez sprawdzającego (sic!) połowy mojej pracy; ogłoszenie o przesunięciu egzaminu ze środy na wtorek pojawiające się... w srodę (sic!); trzy egzaminy jednego dnia, z tego dwa na tą samą godzinę (sic!); egzaminatorzy mówiący podniesionym głosem, panie z dziekanatu krzyczące bardzo podniesionym głosem oraz panie z sekretariuatu wyzywające TYCH LENI ŚMIERDZĄCYCH CO IM SIĘ NIE CHCE PRZYJŚĆ NA PIERWSZY TERMIN I POTEM JAKIEŚ ZWOLNIENIA ZNOSZĄ...itepe, itede, i tak przez prawie trzy tygodnie non-stop. i wyciągnęłam w końcu wnioski. i coraz poważniej myślę o zmianie uczelni. a tymczasem... cieszę się jak wariatka że mam owe atrakcje za sobą a że koledzy szykują (w wielkiej tajemnicy) jakieś dwa w jednym, znaczy się huczne zakończenie sesji i urodzinki dla dziewczynki (bo to już niedługo), zapowiada się więc łikend pełen tańców, hulenek i swawoli. no to sobie odreaguję.
skomentuj (0) 14:40:50 2006-01-18 (gling glo)miasto nabrzmiałe śniegiem opancerzone lodem i rosną miastu skrzydła ostrych szklanych wieżowców dzwonią dzwony ogromnych schowanych we mgle kościołów światła sączą się z okien powietrze smakuje błękitem pod niebem fruwają anioły chodźmy na spacer kochanie.
skomentuj (0) 01:06:36 2005-11-16 (cotton wool)więc jesień ale już nie złota i nie polska tamta skończyła się znienacka dziś późnym popołudniem a teraz pogodę mamy taką jakby londyńską mgła i mżawka i znowu mgła i jeszcze więcej mgły i zimno wpełza do mieszkania przez szpary w starych oknach i marzną wytrwałe palce stukając w klawiaturę i stopy nieoparte o nieopalony piec więc parzę w czerwonych kubkach zaczarowaną herbatę chuchasz na moje dłonie i dmuchasz mi ciepło do ucha bo w końcu własny kawałek podłogi muzyka płynie z głośnika i zawsze przecież można przytulić się jeszcze ciaśniej
skomentuj (0) 15:38:37 2005-10-06 (...and it makes me float free to feel how small my life must be)po pierwsze: kolejny kroczek na drodze tak zwanego samorozwoju. od tygodnia brałam się za bary z pythonowym wrapperem opengl. i wygrałam w końcu. mimo nieprzespanej nocy, łupania w zatokach, kataru zalewającego klawiaturę i czołgania się razem z komputerem po podłodze. rozwaliłam cholerę. witamy w świecie grafiki 3d. przydało by się ze 3k pln na jakiegos laptopka... *** po drugie: poznaję smak życia na walizkach. mieszkam sobie troszkę tu, troszkę tam, troszkę siam. nie rozstaję się ze szczoteczką do zębów, zapasowymi skarpetkami i ładowarką do telefonu. i staram się przywyczaić bo kredyt dadzą mi najprędzej w listopadzie. o ile w ogóle. *** po trzecie: zaczynam bardzo wysoko wyceniać swój czas. na uczelni rekordowy bajzel -> ok. 15 godzin stania w kolejkach. komunikacja miejska ledwo się przebija przez korki -> ponad 20 godzin telepania się autobusami. plan zajęć przeładowany do granic możliwości: tygodniowo 30h wykładów/ćwiczeń + 8h laboratorium + 6h na pracę badawczą. do tego 10 godzin korków tygodniowo - a przydałoby się więcej... *** podsumowując - wesoło się ten semestr zapowiada...
skomentuj (0) 22:44:05 2005-09-23 (you see I’ve been somewhere, not far away, but such a different space...)wakacje, wakacje i po wakacjach. przeminęły z wiatrem. przeleciały tanimi liniami. przeciekły deszczem przez dziurawy namiot. za tydzień wpadnę jak śliwka w kipiący uczelniany kompot. z jednej strony niecierpliwe zadowolenie, bo szare komórki od trzech miesięcy żywiące się rozważaniami moralno egzystencjonalnymi przy wódce i tak zwanymi pięknymi widokami, z rzadka tylko pogłaskane kawałkiem książki, zaczynają się domagać troski i czuję potrzebę zaaplikowania sobie intelektualnego wysiłku na miarę solidnego treningu aerobowego. zresztą, przyznaję się bez bicia, nawet w stadium ostrego postsesyjnego uczelniowstrętu tęskno mi było do śmierdzących kolb i probówek, do skrzypiących pulpitów, polowań na książki i wykłócania sięz asystentami. z drugiej strony... jakoś tak uwiera w serce że kończy się to lato, najcudowniejsze dzikie lato jakie kiedykolwiek widziałam na oczy. i pozostaje jakiś bolesny niedosyt gwiazd plecaka ogniska kąpieli w strumieniu wstawania o świcie gór rzeki nieba trawy rowerów kajaków cieknącego namiotu... apetyt rośnie w miarę jedzenia, do tego stopnia że w połowie września nie umiałam usiedzieć w domu na tyle długo żeby sobie uprać skarpetki. aż tu nagle śię wzięło i skończyło. i siedzę sobie teraz na buźce jeszcze opalona i uśmiechnięta a w środku już napięta jak struna i czekam na pierwsze dni października co mnie rzucą w ten latający cyrk na kółkach, w tan czeski film gdzie nikt nie wie co gdzie po co ani dlaczego. już zbroję się po zęby w świętą cierpliwość na te kilometrowe kolejki niezliczone druczki do wypełnienia podpisy do wyżebrania zawieszające się systemy brak miejsc unieważniania zapisów, na darcie włosów i zgrzytanie zębami na widok planu podziurawionego okienkami niczym ser szwajcarski. na szczęscie, po trzech latach życia na wariackich papierach można się do wszyskiego przywyczaić. zwłaszcza jak się ma zmultiplikowaną motywację do działania. a ja mam, mianowicie muszę tak skompresować sobie plan zajęć żeby znaleźć czas na zarobkowanie i upolować kilku niedouczonych licealistów w celu odpłatnego douczania tychże. i dostać kredyt studencki. i szybko znależć jakieś lokum w promieniu godzinnej jazdy autobahnem od mojej zacnej uczelni. warum? kiedy po dwóch miesiącach wojażowania tam i siam postanowiłam odwiedzić dom rodzinny z zamiarem przenocowania we własnym pokoju, odkryłam że już takowego nie posiadam. znaczy się, wyprowadziłam się od rodziców, sama nie wiedząc kiedy. i dokąd. i za co... że co?! że nie dam rady? ja nie dam rady?! ja wam pokażę!!!!!!!
skomentuj (3) 13:43:54 2005-08-06 jedziemy...?sierpniowy deszcz chłoszcze szyby niezwykle obiecująco bardzo bym chciałą zmoknąć w czterech suchych ścianach jakoś mi duszno i martwo letnie sny mokre i dzikie uparcie śnią się po nocach pełne ścieżek którymi nikt nie szedł kawy w blaszanym kubku przemoczonych skarpetek pająków w namiocie poziomek jagód malin i chciałabym o świcie płynąć nago przez mokrą łąkę żeby włosy na zawsze pachniały mokrą koniczyną letnie sny ciepłe i słodkie brzęczą w głowie jak pszczoły pracowicie dźwigają myśli w stronę właściwej decyzji chciałabym w samo południe wymyślać chmurom kształty szukając w lesie ścieżki którą nikt jeszcze nie szedł potykać się patrzeć pod nogi nie przegapić żadnej biedronki i niech słońce palcem zza chmury maluje mi piegi na nosie
skomentuj (0) 13:41:07 2005-07-07 (soon comes soon sweet so sweet falling soft betwen the sheets)a więc lato gorąco bardzo gorąco strasznie gorąco. a więc lody czekoladowe kwiatki kino spacer piwo w spiżu potem oglądamy cyfrówki w dominikańskiej i chcielibyśmy zachód słońca lecz niestety pan ochroniarz wyrzucił nas z dachu zapewne wyglądamy jak złodzieje samochodów. a więc grill gdzieś nad odrą gryzą nas komary. a więc letnie wykopki czyli nigdzie nie da się dojechać prostą drogą tramwaje znikają autobusy wywożą na manowce trzeba uciekać. a więc jedziemy na wycieczkę pakowanie bałagan zaplątałam się w linki namiotu i na pewno czegoś zapomnę. a więc nikomu się nie chce podlać kwiatków. *** a więc wakacje.
skomentuj (2) 01:39:55 2005-06-20 (you loose, you learn, you bleed, you learn, you scream, you learn...)pierwsze przykazanie informatyka: nie kop komputera kiedy piszesz Bardzo Ważny Program. przykazanie drugie: nie pij kawy przed komputerem. jeśli już musisz pić, postaw ją poza zasięgiem swoich łokci. albo bardzo uważaj na łokcie. w każdym razie: nie wylewaj kawy na klawiaturę. klawiatura nie lubi kawy. co ja mówię, nie nielubi. wręcz nienawidzi. klawiatura nie lubi chipsów i soli z orzeszków ziemnych i okruszków z ciasteczek, ale zawsze można spróbować je wytrzepać. z kawą sprawa ma się znacznie gorzej. jeśli już wylejesz kawę, zwałaszcza taką z cukrem i śmietanką, twoja klawiatura będzie bardzo zła. ty też, ale postaraj się nie kopać komputera. komputer nienawidzi jak się go kopie. robi wtedy pssst bzzzt paffff i Bardzo Ważny Program idzie sie jebać. no a klawiatura... jeśli ci na niej nie zależy to najlepiej od razu ją wyrzuć i idź do mediamarkt po nową. ale jeśli kochasz woją kawiaturę, albo jeśli cierpisz na chwilowy niedobór gotówki, spróbuj klawiaturę zoperować. w tym celu koniecznie odłącz ją od komputera. teraz szybko, bierzemy ją na oiom, do góry nózkami, siostro śrubokrę! jeszcze jedna cztery... trzy... dwie... jedna... tylko jedna śrubka.... dobrze... siostro teraz waciki! i zmywacz do paznaokci!!! więcej wacików...srajtaśma!!! pęsetsa! waciki!!! ufffffff... zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. siostro śrubki! zakręcamy! moja klawiatura miała szczęście. wróciła do zdrowia i jakoś funkcjonuje. ale musiałam cholerę drugi raz rozkręcać i czyścić bo ciągle się lepiła, a 'f' 'c' dalej zachowują się co najmniej podejrzanie... w rezultacie program oddałam z dwudniowym opóźnieniem i przepadło mi pół oceny... chyba sobie kupię kubek z pokrywką... i wrócę do nawyku siedzenia z nogami na biurku. z tej pozycji trudno kopnąć w kompa, co najwyżej w monitor... acha, byłabym zapomniała: trzecie przykazanie informatyka (to o którym zawsze zapominam): co najmniej raz na minutę wciśnij ctrl-s.
skomentuj (0) 01:26:27 2005-06-09 (one life for yourself and one for your dreams)choć zwykle czerwiec podobnie jak styczeń wycięty z życiorysu tym razem wszystko jakoś sprawniej lepiej efektywniej przegryzam się przez ceglaste podręczniki z szybkością buldożera zwijając Twoje skarpetki w kłębuszki rozbrajam równania różniczkowe drugiego stopnia trzeci raz wczytuję się w solaris w międzyczasie gotując obiad poprawiam sprawozdanie pomiędzy jednym a drugim akapitem przymierzając sukienki projektuję graficzny edytor wzorów strukturalnych zagłębiam się w teorię algorytmów maluję paznokcie przy lekturze metod chemii kwantowej rozmyślając o skrawku popołudniawieczorunocy gdy pocałujesz mnie w czoło gdy dotknę twojej dłoni gdy zasnę z Twoim łokciem pod głową by przyśnić sobie całkiem nowe rzeczy których jeszcze nie umiem a mogłabym mógłbyś moglibyśmy latające deski wyposażone w instant messengery fioletowe mleko które leczyłoby kaca internetowe lodówki sukienki w proszku hotelopociągi samorecyclingujące się butelki pływające namioty i różne inne cuda na kiju.
skomentuj (0) 08:49:24 2005-05-24 (you didn't think I'd show up with my army and this ammunition on my back...?)piąta rano więc słońce na niebie wysoko co prawda nie widać bo deszcz ale co tam w słuchawkach tori amos tak ładnie śpiewa i prawdziwy taj mahal na tapecie tymczasem palce po klawiaturze rozbiegane głowa pulsuje i tętni od nadmiaru wiedzy pochłoniętej pośpiesznie i zbyt łapczywie sny niedośnione plączą się uporczywie na granicy pola widzenia trzeba się jakoś doprowadzić do stanu względnej używalności kawa prysznic druga kawa cierpliwość na wyczerpaniu coś się psuje coś się pluje aż wreszcie urodziło się okienko witamy w świecie gui a to dopiero początek ja wam jeszcze pokażę!
skomentuj (0) 11:49:08 2005-05-21 (my hi-fi's waiting for a new tune, the glass is waiting for some fresh ice cubes...)wszystko do góry nogami czy może na lewą stronę godzina wczesnoporannonocna zawsze tak dobranocna tymczasem od dni kilku wschodzące słońce bezlitośnie wbija się pod powieki uporczywie obdziera ze snu bo przecież koniec świata różnica czasu i trzeba wstać by w okienku przeczytać twoje słowa udawać że wystarczają mnie tobie sobie a potem koniecznie czymś zająć niedospaną głowę by przeszkadzać ci tylko z rzadka więc po pierwsze na śniadanie wypić kawę albo dwie albo trzy nawet otworzyć książkę bardzo mądrą najlepiej w obcym języku można też radio włączyć gaztę przeczytać ale nie wiadomości broń boże by nie drażnić wyobraźni nadpobudliwej i wciąż obolałej można horoskop jeśli optymistyczny jeśli nie lepiej nie czytać i w ogóle wystrzegać się wszelkich czynników histeriogennych zwłaszcza mamusi i rozmów na temat niejedzenia obiadu w razie potrzeby drzwi zabarykadować ale można się też w łazience i ewentualnie wziąć prysznic a kiedy już układ nerwowy w stanie dynamicznej równowagi należy wziąć się za kudły lub w garść lub za siebie i popracować popisać policzyć poczytać czekając bardzo cierpliwie by do mikrofonu namiętnie szeptać przez minut kilka wtulając uszy w zmysłową gąbkę słuchawek a potem jeszcze troszkę pouczyć poszukać pomyśleć i nagle ze zgrozą stwierdzić że dawno po dobranocce tęsknie ziewnąć w monitor wymieść potwory spod łóżka i pod kokonem kołdry schować się razem z głową i udawać spanie by jakoś doczekać do rana i znowu o godzinie nieprzyzwoicie wczesniej przeczytać twoje dzień dobry policzyć ile oddechów dzieli mnie od ciebie i czekać czekać czekać z całych sił
skomentuj (0) 15:42:09 2005-05-18 (sleepy-head... sleepy-head... sleepy-head)policzyłam dokładnie... jeszcze 426147 oddechów i będziesz z powrotem. a gdyby tak... szybciej oddychać? czy czas się skurczy i szybciej Cię zobaczę?
skomentuj (0) 21:40:00 2005-05-15 (excuse me but I just have to explode)być może histeryzuję ale wizja dwóch tygodni bez ciebie paraliżuje mnie i obezwaładnia próbowałam być dzielna i tak jakby popracować aczkolwiek dłużej już nie dam rady pod namalowanym uśmiechem mam wargi przygryzione do krwi z utęsknieniem czekam na noc bo kiedy wszyscy pójdą spać będę mogła się w końcu wypłakać i lepiej żeby to było szybko bo inaczej chyba się udławię.
skomentuj (0) 00:52:29 2005-05-11 (well, life has a funny way of sneaking up on you, and life has a funny way of helping you out...)...czasami kłoda rzucona pod nogi może stać się kładką nad przepaścią. *** dziękuję.
skomentuj (0) 00:17:41 2005-05-06 (it's a sorta fairytale with you...)no więc dobrze. będę Twoją piegowatą dziewczynką. a Ty kim chcesz zostać?
skomentuj (0) 01:20:03 2005-04-26 (it takes courage to enjoy it)nie powiem Ci tego na głos bo wciąż jeszcze trochę się boję. poczekam aż będziesz senny, napiszę Ci palcem na plecach, że...
skomentuj (0) 15:57:03 2005-04-22 (you choke, you learn, you laugh, you learn, you choose, you learn, you love, you learn...)zawsze, kiedy zaplanuję sobie drogę przez życie, równą i prostą, potykam się o coś i zbaczam z kursu. to jak gra w super mario - przeciętny gracz idzie przeskakując przez przez przeszkody, najkrótszą drogą do celu. ja tak nie umiem. jestem z tych, co to ich korci, żeby skoczyć na głókę do nieznanej wody, bo a nuż będzie tam coś ciekawego? więc zawsze skaczę. bo nawet jeśli zamiast znaleźć skarb utopię się i będę musiała znaczynać od początku, to przecież jestem bogatsza o tę cholerną wiedzę - że w tej dziurze może mnie co najwyżej zeżreć pirania. i więcej do niej nie wskoczę. wskoczę do następnej. *** poprzestawiał mi płyty. czy to nie powinno być na odwrót? to ja powinnam poprzestawiać jego płyty!
skomentuj (0) |